Maseczka GlamGlow Youthmud Tinglexfoliate Treatment


W poszukiwaniu idealnej oczyszczającej maseczki do twarzy postanowiłam wypróbować  znaną hollywódzką markę Glamglow. I muszę przyznać, że był to strzał w dziesiątkę.


Glamglow to profesjonalna pielęgnacja w zaledwie 10 minut. Maska ma za zadnie przywrócić  piękno skóry – złuszczyć ją i oczyścić. Jest to jedna z najczęściej stosowanych marek wśród filmowców z Hollywood i za kulisami pokazów mody.

Technologia TEAOXI® zastosowana w maseczkach Glamglow polega na stopniowym i ciągłym uwalnianiu silnie działających antyoksydantów (EGCG super antyoksydanty), skwalenu i polifenoli, ekstraktów z liści zielonej herbaty.


Maseczka ma zapach zielonej herbaty, co mi osobiście bardzo przypadło do gustu. Nie jest zalecana dla osób o wrażliwej cerze. Po nałożeniu maseczki na oczyszczoną twarz czuć lekkie mrowienie i szczypanie, które znika wraz z zasychaniem maski na twarzy. Po magicznych 10 minutach należy zmyć maskę pod bieżącą wodę, wykonując masaż twarzy okrężnymi ruchami. Maseczka ma w sobie drobinki peelingujące. Muszę przyznać, że bardzo szybko i sprawnie się z zmywa, co również jest jej ogromnym plusem.


Efekty? Skóra jest jedwabiście gładka, odświeżona i naprawdę dobrze oczyszczona. W moim wypadku, również lekko zaróżowiona, w szczególności policzki. Nie zauważyłam, aby moja skóra była nadmiernie ściągnięta czy wysuszona, jednak zawsze po aplikacji stosuję krem nawilżający.

Bardzo polubiliśmy się z marką Glamglow i maseczką Youthmud. Jest to produkt dobrej jakości, który faktycznie spełnia swoje zadanie. Polecam do wypróbowania każdemu, kto tak jak ja, szukał maski która dobrze oczyści twarz.


Cena regularna maseczki Glamglow Youthmud to 229,00 zł za 50g produktu.

Do zakupu maseczki Glamglow Youthmud w Douglasie otrzymałam również mini produkt w postaci Glamglow Volcasmic, czyli nawilżający krem, pozostawiający efekt matowej, ale jednocześnie promiennej cery. Coś czuję, że będzie to kolejny hit 🙂

 

 

Moje hobby i moja codzienność, czyli jedzenie w restauracjach


Kocham jeść. Serio. Może nie jest to zbyt oryginalne hobby, ale ja po prostu uwielbiam dobre jedzonko. W dodatku w miłej atmosferze, przy dobrej obsłudze, w ładnym lokalu. Jest to moja chwila po ciężkim dniu pracy. W sumie nie tylko moja, a nasza, czyli moja i mojego partnera, kiedy to mamy chwilę dla siebie i czas żeby spokojnie porozmawiać po całym dniu.

Od ładnych paru lat jemy wyłącznie w restauracjach, a gdy już zdarzy nam się coś przygotować w domu, to robimy to wyłącznie dla fanu i kiedy mamy więcej czasu.


Dlaczego taki, a nie inny styl życia, tfu jedzenia? 😀 Bo po prostu nie mamy ani ochoty, ani czasu na to, by marnować czas w kuchni. Jestem perfekcjonistką pod tym kątem, i jeżeli już się za coś zabieram, to musi być idealne. Samo zrobienie zakupów, które na ogół nie kończy się na jednym sklepie, w poszukiwaniu najlepszych produktów, zabiera dużo czasu. A potem to wszystko jeszcze upichcić i pozmywać…. pół dnia schodzi jak nic. A mi jest szkoda tego dnia. I żeby nie było, że nie potrafię gotować 😀 potrafię, i to całkiem nieźle, potwierdzone przez kilka niezależnych osób 😀

Osobiście uwielbiam jedzenie w restauracjach. Dzięki temu codziennie mogę spróbować czegoś innego, nowego, skupić się na przyjemności jaka płynie z jedzenia i spędzić czas z moim partnerem. U mnie w mieście mamy kilka sprawdzonych restauracji, w których jesteśmy częstymi gośćmi. Wybierając restaurację, zawsze kieruję się swoją intuicją. Przeglądam stronę internetową restauracji, menu, zdjęcia jedzenia i już wiem, czy chcę do danego miejsca się wybrać czy też nie. Często przeglądam również opinie innych gości, ale nigdy nie stanowią one dla mnie wyznacznika. Ludzie na ogół nie znają się na kuchni i na restauracjach, bo ich wyjścia do restauracji ograniczają się do częstotliwości raz w roku.


Na co zwracam uwagę przy wyborze restauracji, w której jeszcze nie byłam? Pierwsze co to wystrój. Miejsce musi mieć swój klimat i styl. Musi być czysto i schludnie. Zwracam uwagę na strój i zachowanie kelnerów, czy mają pojęcie o tym, co serwują i na jakich produktach pracują kucharze. Ważne jest również podejście kelnerów do gościa oraz ich zaangażowanie w pracę. Bardzo ważne jest również porozumienie na gruncie obsługa sali – kuchnia, bez tego serwis często dużo traci.

Jaką kuchnię lubię? I tradycyjną, i nowoczesną. Musi być smacznie i ładnie podane. Przecież jemy również oczami. Uwielbiam nowe smaki, ich ciekawe łączenie, nieoklepane kompozycje. Zawsze moim ulubionym punktem w menu jest menu sezonowe. Lubię, gdy kucharze pracują na lokalnych produktach i wykorzystują to, co na dany moment oferuje im natura.

Czy jedzenie w restauracjach jest niezdrowe? Nie, nie, i jeszcze raz nie. Choć zapewne zależy to też od naszych wyborów. Wiadomo, że jedzenie typowo karczmiane będzie dosyć swojskie i tłuste. Ahh i pamiętajmy że mc donalds, kfc, bary mleczne itp. to nie restauracje. O nich pisać nie będę, po po prostu tam nie jadam. Czasem (bardzo rzadko) co prawda zdarzy mi się zjeść big maca, ale mam potem straszne wyrzuty sumienia, że dostarczam mojemu organizmowi takie śmieci.


Musimy pamiętać, że obecnie na rynku gastronomicznym jest dosyć duża konkurencja, więc szanujące się restauracje bardzo dbają o to, co serwują swoim gościom. Miejsca, do których chodzę, pracują na lokalnych produktach, wspierając przy tym lokalnych przedsiębiorców, co jest dla mnie bardzo ważne. Sama robiąc zakupy w sklepie, staram się kupować produkty lokalne, jak najmniej przetworzone i naturalne. Musimy pamiętać, że jesteśmy tym, co jemy, a nasz organizm to nie śmietnik, dlatego powinniśmy mu dostarczać to, co najlepsze. Lepiej zapłacić więcej za dobry i jakościowy produkt, niż potem wydawać krocie na leczenie. Pamietajmy też, że nie trudno wyczuć jakość jedzenia. Jeżeli zawiedliśmy się na danej restauracji, po prostu więcej tam nie idźmy. Czasem daję lokalowi drugą, a nawet trzecią szansę, i jeśli nie podołają to po prostu więcej tam nie chodzę 🙂 Nie bójmy się rownież pytać o składniki dania, ich pochodzenie i sposób przygotowania. Najważniejsze to być świadomym konsumentem i potrafić dokonywać słusznych wyborów. 

 Ps. Dużo zdjeć z restauracji wraz o opisem i rekomendacjami na moim instagramie 😊

Z cyklu: co mnie wkurza, czyli zakupy w supermarkecie


Każdy z nas musi co jakiś czas robić zakupy – oczywiście mam tu na myśli zakupy spożywcze czy „do domu”, bo te często doprowadzają mnie do szału. I nie chodzi o sam sens kupowania, bo to akurat lubię, tylko o innych ludzi, którzy robią zakupy w tym samy czasie, co ja.

Ale od początku. Zawsze ponad wszystko cenię sobie swoją przestrzeń osobistą, która jest nietykalna. Nienawidzę wręcz, jak ludzie, mimo, że wokół jest dużo miejsca, muszą przechodzić na tyle blisko, że szturchają mnie łokciem, torbą, koszykiem czy wózkiem, a słowo przepraszam nie jest w stanie im przejść przez gardło. Przecież oni właśnie zobaczyli magiczny napis „promocja” czy „wyprzedaż” więc lecą na łeb, na szyję, bo jeszcze dla nich zabraknie…


Podchodzę do pustego działu, dajmy na to z produktami ekologicznymi, bo jest to jeden z moich ulubionych, i nagle znikąd pojawia się kilka osób, które stają za mną i dyszą mi w kark jednocześnie prawie wyrywając produkt który trzymam w ręce, bo oni muszą też zobaczyć. Co z tego, że nie byli tym zainteresowani, i tak tego nie kupią, ale ktoś inny patrzy, więc oni też muszą. Bo może jakąś promocję przeoczyli! Serio? Nie można chwilę poczekać i spokojnie zobaczyć to, co się chce? No jak widać nie można. A mi ciśnienie coraz bardziej skacze.


No dobra. Teraz kolejki do wędlin czy serów. Już pomijam fakt, że ludzie uwielbiają kupować wszystkiego na tony, przez co w kolejkach traci się mnóstwo czasu, to jeszcze najeżdżać będą non stop tym wózkiem na pięty osoby stojącej przed nimi, bo może coś to przyspieszy jak będą się co chwilę przesuwać i włazić na człowieka przed sobą. I szok – jednak nie przyspieszyło oczekiwania na swoją kolej!

Czas na moje ulubione – kolejki do kas. Tutaj znów mamy przykład tego, że trzeba wręcz wejść na osobą stojącą przed, bo na pewno to przyspieszy czas oczekiwania na skasowanie towaru. A kiedy już będą blisko taśmy, na której co prawda nie ma jeszcze miejsca, żeby wyłożyć zakupy, oni i tak muszą to zrobić, i rzucają swój towar na mój, nie widząc w tym zupełnie nic złego. Bo oni muszą. Bo oni są jedyni w sklepie. Oni robią zakupy i wydają pieniądze, więc im się należy. A tak na prawdę to zero jakiejkolwiek kultury i obycia.

Mimo, iż zawsze staram się wybierać takie pory zakupów, żeby w sklepie było jak najmniej ludzi, to zawsze trafi się jakiś delikwent, który podniesie mi ciśnienie. Ludzie powinni się nauczyć szanować swoją przestrzeń osobistą i uświadomić sobie, że wiele osób nie lubi gdy śmierdzącym oddechem chucha się im w twarz czy kark, oraz bezsensownie szturcha czy pcha się na kogoś. Nawet nie można pominąć faktu, że ludzie w większości są brudni i nie pachną fiołkami, więc przebywanie takiego osobnika w zbyt małej odległości po prostu nie jest przyjemne.

Choć niestety ludzie są jacy są, a ich zachowanie raczej nigdy się nie zmieni, mam nadzieję że dzięki temu tekstowi może ktoś jednak się nad sobą zastanowi i zmieni swoje zachowanie w miejscach publicznych, jakimi są sklepy.

/zdjęcia: printerest.com/ 

Fenomen oraz legenda – Pablo Escobar


Dzisiejszy post chciałabym poświęcić pewnej postaci, jego fenomenie oraz legendzie – Pablu Escobarze.

Każdy zapewne choć raz słyszał o narkotykowym bossie, jednym z najsłynniejszych i najbogatszych kryminalistów w historii.

Moja fascynacja tą postacią rozpoczęła się od słynnego serialu Narcos. Serial oraz historia Pabla Escobara tak mnie pochłonęły, że zaczęłam szukać w internecie publikacji na jego temat. Chciałam poznać prawdziwą historię Króla Kokainy, nie tylko tą kreowaną przez media. W pierwszej kolejności zauważyłam, że historia Pabla Escobara jest odmiennie przedstawiana przez media Amerykańskie, a zupełnie inaczej przez Kolumbijskie. Prawda najpewniej leży gdzieś po środku, jednakże z tego wszystkiego można wysnuć jeden wniosek – ten największy kryminalista wszech czasów, mimo tego, iż zamordował niezliczoną ilość ludzi, jak nikt inny największą pomoc niósł osobom najbiedniejszym. Zbudował ogromną ilość nowych osiedli, szkół, boisk, szpitali, etc. stworzył miejsca pracy i dał szansę ludziom na godne życie. Ludziom, którzy wywodzili się z największych nizin społecznych, ludziom, którzy kochali Pabla Escobara za to, że odmienił ich los. Czy tak się zachowuje zły człowiek? Owszem, należy pamiętać, że Pablo ma na swoim sumieniu śmierć tysięcy ludzi, lecz czy ktokolwiek kiedykolwiek tak jak on próbował uwolnić ludzi ze strasznej biedy i dać im szansę na lepsze życie? I nie mówimy tu o pojedynczych przypadkach czy chwilowych, jednorazowych pobudkach mających ocieplić wizerunek. Pablo Escobar miał pewną wizję, chciał zbudować lepszy świat, lecz gdzieś w tym wszystkim coś poszło nie tak. Zbyt żądny władzy, bezkompromisowy, uparcie dążył do celu. Nie wiedział kiedy odpuścić, i to okazało się dla niego zgubne.

Ostatnio miałam okazję przeczytać trzy publikacje na temat Pabla Escobara. Każda z książek opisana jest z zupełnie innej perspektywy, a po przeczytaniu wszystkich możemy mieć pewien obraz postaci Escobara oraz tego, jak na prawdę wyglądało jego życie.


Pierwsza książka to „Polowanie na Escobara. Historia najsłynniejszego barona narkotykowego” autorstwa Marka Bowdena. Książka ta, to tak na prawdę dobry reportaż opowiadający historię Pabla. Oparty został na licznych dokumentach, które szczęśliwie ocalały oraz na licznych wywiadach z osobami, które w przeszłości były w jakikolwiek sposób powiązane z Escobarem. W dużej mierze historia przedstawiona z perspektywy władz Kolumbijskich i Amerykańskich, które ze wszelką cenę chcą dorwać Escobara. Ale tym pierwszym najbardziej zależy na śmierci przestępcy, gdyż w innych wypadku na światło dzienne wyszłoby, jak bardzo skorumpowany jest rząd kolumbijski i jak bardzo Pablo Escobar trzymał w garści władze. Książka opiera się na czystych faktach, autor bardzo rzetelnie zbadał każdą zamieszczoną w niej informację.


Druga książka została napisana przez Juana Pabla Escobara, czyli syna Narkotykowego barona. Książka „Mój ojciec Pablo Escobar” to historia opowiedziana z perspektywy życia rodzinnego, widzianego oczami syna. Juan Pablo chce ukazać pełny portret swojego ojca – człowieka zdolnego do niewyobrażalnego okrucieństwa ale i do nieskończonej miłości względem swoich bliskich. Bardzo poruszająca publikacja, która pokazuje losy rodziny Escobarów również po śmierci Pabla.


Trzecia publikacja została napisana przez Virginię Vallejo, piękną i mądrą kobietę, najsłynniejszą kolumbijską dziennikarkę oraz kochankę Pabla Escobara. Książka „Kochając Pabla, nienawidząc Escobara” jest pełna emocji oraz przedstawia postać Escobara w innym niż do tej pory świetle. Virginia była jedną z najbliższych dla Pabla osób, powierczynią jego najskrytszych planów i sekretów, jak również głosem doradczym. Książka ta opowiada także o losie kobiety, która związała się z największym przestępcą i jak wiele ją to kosztowało. O próbach zaprowadzenia pokoju w Kolumbii i o doprowadzeniu do rozejmu pomiędzy kartelem z Medellin a kartelem z Cali. Na podstawie tej książki powstaje film, w którym w rolach głównych wystąpią Penelope Cruz i Javier Bardem.

 

Kylie Cosmetics – Vacation Set


W końcu doczekałam się przesyłki wakacyjnego zestawu kosmetyków od Kylie. Odkąd Kylie Jenner wypuściła swoją linię kosmetyków, od samego początku cieszą się one bardzo dużą popularnością. Większość produktów chwilę po pojawieniu się, jako dostępne w sklepie internetowym, zostają wyprzedane w ciągu kilku minut.  Pamiętam jak długo „polowałam” na pierwsze matujące pomadki od Kylie.

Do tej pory udało mi się kupić kilka matowych pomadek (słowa matujący błyszczyk jakoś tak sobie zaprzeczają), zestaw pędzli do makijażu oraz paletkę cieni (KyShadow the Bronze Palette), z których jakości jestem bardzo zadowolona. Poza tym uwielbiam bardzo szeroką gamę kolorystyczną, którą oferuje Kylie.

Podążając za impulsem udało mi się kupić cały Vacation Edition Bundle od Kylie. Składają się na niego:


Trzy rozświetlacze Ultra Glow w kolorach Fiji, Santorini i Tahiti;

Paletka cieni Take me on Vacation;

Zastaw pomadek Send Me More Nudes Matte Liquid Lipstik;


Zestaw pomadek Send Me More Nudes Velvet Liquid Lipstik;


Super Glitter Gloss w kolorze Glitz oraz Glamour;


Junge Bug Lip Kit


Skinny Dip Face Duo czyli zestawienie pudru w kolorze brązującym oraz złocistego rozświetlacza;


The Wet Set, czyli zestaw 4 odcieni pudru o wdzięcznych nazwach: Unbothered, Get A Way, Do Not Disturb i  Privacy Please.

Uwielbiam konsystencję pudrów, cieni i rozświetlaczy od Kylie. Pięknie się rozprowadzają, nie mażą oraz utrzymują na skórze przez cały dzień. Cienie na powiekach nie ważą się ani nie rolują, co jest częstą przypadłością wielu luksusowych marek. Cienie również nie blakną na oku, tak jak zostaną rano nałożone, w takim samym stanie utrzymują się do wieczora. Dla przykładu, już teraz dokładnie nie pamiętam czy były to cienie od Chanel czy Lancome, ale jedne z nich pod koniec dnia tak jakby znikały z powieki. Cienie od Kylie dają radę, i to bez dodatkowego stosowania pod nie bazy 🙂

Tak jak widać na zdjęciach, produkty z serii Vacation w dużej mierze opierają się na kolorystyce nude/brozne, czyli to, co lubię najbardziej. W mocnym kolorze są tylko Super Glitter Gloss oraz Kylie Lip Kit – czyli coś dla przełamania delikatnego looku. Ogólnie jestem mega zadowolona z tego zestawu, i już wiem, że nie będzie on ostatnim 🙂

 

 

Safari in Kenya



Wybierając się w podróż do Afryki, jej nieodzownym elementem powinno być Safari. Bo czym jest Afryka jeśli nie bezgranicznym obszarem sawann tętniących życiem dzikich zwierząt? To, co widzieliśmy do tej pory w telewizji czy w zoo, możemy zobaczyć na żywo, doświadczać każdym zmysłem, być świadkiem kręgu życia bez ingerencji człowieka.


Safari zrobiło na mnie ogromne wrażenie, które ciężko jest opisać słowami. Według mnie największą ignorancją jest wybrać się na wczasy do Kenii i zrezygnować z tego niesamowitego doświadczenia. Osobiście bardzo polecam i zachęcam do wybrania się na Safari, mam nadzieję, że niniejszy tekst tylko do tego zachęci 🙂


My Safari organizowaliśmy będąc już na miejscu, w Kenii. Naszym organizatorem (zresztą nie tylko Safari ale również i innych wypraw) był Morris Juma, niesamowicie doświadczony, sympatyczny i ogarnięty człowiek. Dzięki niemu nasze Safari było wyjątkowe, dostosowane do naszych potrzeb i oczekiwań. Nie była to masówka, którą organizują biura podróży. Pod tym linkiem możecie zobaczyć zdjęcia z organizowanych przez Morrisa wypraw – są niesamowite! Możecie też wyszukać stronę na facebooku pod hasłem ZEBRA Africa Adventures – kto jak woli 🙂


Przede wszystkim nasze Safari było prywatne, a więc byliśmy tylko ja, mój partner, Morris oraz kierowca Jay. Do przemieszczania się podczas naszej wyprawy wybraliśmy samochód terenowy, dużo szybszy i wygodniejszy niż klasyczne busiki z jakich korzysta większość turystów na Safari.


Będąc tylko we dwoje mieliśmy tę swobodę, że sami decydowaliśmy gdzie chcemy jechać, co zobaczyć, kiedy i na jak długo się zatrzymać. Poza tym nikt nam nie przeszkadzał podczas robienia zdjęć i kręcenia filmów 🙂 Podczas całej wyprawy mieliśmy cudowną i bardzo wesołą atmosferę, gdyż zarówno Morris jak i Jey doskonale znali angielski i mogliśmy prowadzić ciekawe konwersacje oraz bardzo dużo żartować.


Oboje z moim partnerem byliśmy pod ogromnym wrażeniem, jak dobrze nasz kierowca Jey zna sawanny oraz zachowania zwierząt. Dzięki niemu udało nam się zobaczyć na prawdę bardzo dużo zwierząt, w tym część z nich dosłownie na wyciągnięcie ręki.


Nasze Safari trawało dwa dni i obejmowało Tsavo East and West National Park. Następnym celem jest rezerwat Masai Mara oraz Park Narodowy Serengeti znajdujący się w Tanzanii, która graniczy z Kenią. Planujemy wrócić do Kenii, bo jest tu jeszcze tak dużo do odkrycia! 🙂


Podczas Safari nocowaliśmy w hotelu Sarova Salt Lick, czyli słynnych domkach na palach usytuowanych w rezerwacie. Wokół hotelu znajdował się wodopój, przy którym cały czas były jakieś zwierzęta. Mogłabym godzinami siedzieć na tarasie i obserwować ich zachowania. Moim ogromnym zaskoczeniem były słonie, nie spodziewałam się, że to tak wesołe i bardzo opiekuńcze zwierzęta.


Oglądać wschód słońca na sawannie, pić wino przy zachodzie słońca… Niesamowite przeżycia i piękne wspomnienia, które zostaną z nami na zawsze.

Summer beauty – Guerlain Meteorites

Nie wiem jak to się dzieje, ale za każdym razem gdy idę do Douglasa tylko po jedną rzecz, wychodzę z kilkoma 😀


Moim celem były słynne i zapewne każdemu znane Meteoryty od Guerlain. Do tej pory używałam odcienia 02 – Clair, jednak tym razem zdecydowałam się na odcień 04 Dore, który jest złocisty i przepięknie podkreśla opaleniznę.


Uwielbiam kultowe meteoryty za to, jak delikatnie rozświetlają twarz i nadają jej efekt blasku, bez przerysowanego efektu. Cera wygląda na naturalnie świeżą i wypoczętą. Myślę, że powinny znaleźć uznanie u każdej kobiety 🙂


Poza Meteorytami mój letni zestaw powiększył się o utrwalający opaleniznę supernawilżacz oraz balsam podkreślający opaleniznę od St.Tropez. Bardzo lubię tę markę i ich produkty, świetnie sprawdzają się szczególnie latem 😉

No i oczywiście zapach, z którym ostatnio się nie rozstaję, czyli woda perfumowana Carolina Herrera Good Girl 🙂 It’s so good to be bad 🙂

Restauracja z Zielonym Piecem


Jest takie miejsce, gdzie czas, jakby się zatrzymał… Miejsce, gdzie tradycyjna polska kuchnia przygotowywana jest z najwyższą starannością, gdzie czuć miłość i pasję do gotowania. Miejsce, gdzie przykłada się ogromną uwagę, dbałość i szacunek do produktu, z którego następnie powstają niesamowite dania…


Dzisiejszy post chciałabym poświęcić Restauracji z Zielonym Piecem zlokalizowanej w Olsztynku, województwo Warmińsko-Mazurskie, ok 30 km od Olsztyna.



Restaurację odkryliśmy jakieś 3-4 lata temu, i od tej pory stale ją odwiedzamy, szczególnie w okresie letnim.

Zielony Piec w pierwszej kolejności zainteresował mnie tym, iż jako pierwszy (lub jeden z pierwszych) z restauracji w województwie warmińsko-mazurskim zdobył rekomendację przewodnika Gault and Millau. Zagłębiając się w temat, okazało się, iż restauracja ta jest również uwielbiana przez znanych aktorów, muzyków, pisarzy etc.

Tak jak i wielu innych gości, i my zakochaliśmy się w tym miejscu. Sama restauracja jest dosyć mała, urządzona w klimacie vintage, pełno tu starych, stylowych i zabytkowych przedmiotów, mnóstwo świeżych kwiatów w wazonach. Wszystko to sprawia, że czujemy się, jakbyśmy przenieśli się w czasie. Ponadto klimat restauracji jest bardzo ciepły i przytulny, z chęcią posiedziałoby się tutaj w wygodnym fotelu z ulubioną książką i filiżanką herbaty…


Jak już wspomniałam wcześniej, w Zielonym Piecu serwuje się dania tradycyjnej kuchni polskiej. Osobiście zakochałam się w gołąbkach w sosie śmietanowo-koperkowym, w życiu nie jadłam czegoś pyszniejszego. Wszystkie dania, jakie do tej pory zjedliśmy były pyszne i pełne smaku, a porcje są na prawdę duże, widać, że przygotowywane od serca.

Zielony Piec, jak i serwowana tam kuchnia zachwyca i jest godna polecenia. Można tam odpocząć od zgiełku codzienności i dobrze zjeść. Również obsługa gości jest na najwyższym poziomie. Widać, że pracują tu ludzie z pasją, którzy kochają to co robią. Wszystko to, wystrój restauracji, kuchnia oraz ludzie przy tym wszystkim pracujący sprawia, że Zielony Piec jest miejscem niesamowitym i wyjątkowym.


Przed wizytą w restauracji radzę zrobić rezerwację, gdyż w innym wypadku może być dość duży problem z miejscem 😉

Wonderful Kenya

Kilka dni temu wraz z moim partnerem wróciliśmy z cudownych wakacji w Kenii. Afryka zrobiła na nas ogromne wrażenie, którym chciałabym się podzielić i choć trochę przybliżyć jak na prawdę wygląda Kenia.

Po krótkim namyśle stwierdziłam, że najlepiej moje przeżycia i wspomnienia będzie opisać w kilku postach tematycznych. Dziś chciałabym się skupić na życiu w kurorcie 🙂


W Kenii spędziliśmy ponad dwa tygodnie. Pogoda była wspaniała, temperatura wysoka, ale dzięki bryzie znad oceanu, nie była ona uciążliwa. Super czuliśmy się w tym klimacie.


Hotel, jaki wybrałam to Leopard Beach Resort and SPA i był to strzał w dziesiątkę. Hotel zlokalizowany jest przy Diani Beach, najpiękniejszej kenijskiej plaży, słynącej z drobniutkiego, białego piasku. Hotel składa się z wielu kompleksów, od pokoi standardowych umieszczonych w budynkach hotelowych, po ville i rezydencje.   My mieszkaliśmy w bardzo przestronnej i komfortowej Villi z widokiem na ocean, i każdemu polecam podobny wybór, szczególnie, jeśli myślicie o dłuższym pobycie.


Mieszkając w Leopardzie jesteśmy otoczeni przez bujną roślinność, dzięki czemu momentami można się poczuć jak w prawdziwej dżungli. Oczywiście poza wspaniałą roślinnością, która jest codziennie pielęgnowana przez pracowników hotelu, popularnymi zwierzętami są małpy. Jest ich bardzo dużo, ponieważ byli to pierwotni mieszkańcy tego miejsca.  Małpy stają się uciążliwe w momencie, gdy zobaczą, że ma się coś do jedzenia. Stają się wtedy nieznośne i próbują zrobić wszystko, żeby zabrać nam jedzenie. Podczas dnia małpy, a w nocy bush baby, urocze zwierzątka, które również uwielbiają być podkarmiane, szczególnie czekoladkami 😀



Jedzenie w kurorcie określiłabym jako europejskie, po amerykańskie. Oczywiście była też typowa kuchnia afrykańska. Jedzenie zawsze było pyszne i świeże, mnóstwo potraw było przygotowywanych na bieżąco, jeśli tylko ktoś miał na coś ochotę. Do posiłków obowiązkowo białe afrykańskie wino. Uzależniłam się od niego! 😀 No i świeże owoce… mogłabym je jeść bez końca – melony, mango, passion fruit, dradon fruit, ananasy, różnego rodzaju arbuzy, banany, które smakują inaczej niż u nas… i wiele innych, których nazw nie byłam w stanie spamiętać 😀 Jedzenie na pewno jest zdrowsze i mniej kaloryczne niż u nas, zupełnie odzwyczaiłam się od typowych polskich potraw – zjem niewiele, a czuję się jakbym zjadła za trzech xD


No i słynna Diani Beach… urzekła mnie! piękna, biała, bardzo szeroka plaża i niebieskie wody oceanu indyjskiego. Mogłabym godzinami spacerować brzegiem oceanu lub leżeć na tym bialutkim piaseczku i cieszyć się chwilą. Ewentualnie siedzieć na leżaczku w cieniu palm i cieszyć się pięknym widokiem jednocześnie pijąc drinka czy orzeźwiającego kokosa.


Hotel to nie tylko miejsce, to przede wszystkim ludzie – pracownicy, którzy na każdym kroku dbają o to, aby nasze wakacje były wyjątkowe. Wszyscy bardzo dobrze znają język angielski, są pomocni i komunikatywni. Z racji, że uwielbiany poznawać nowe kultury i nowych ludzi, z wieloma osobami się zaprzyjaźniliśmy, poznaliśmy ich życie, spojrzenie na świat, poglądy, problemy… bardzo będę za nimi tęsknić. Ludzie w Kenii nie dostają nic za darmo, nie mają darmowej służby zdrowia czy pomocy socjalnej. Na wszystko muszą sami ciężko zapracować, inaczej nikt im nic nie da. Ale życiu ludzi w Kenii, w Mombasie i okolicach poświęcę oddzielny post.


Nas Kenia urzekła do tego stopnia, że na pewno tu wrócimy 😀

To zaczynamy!

Cześć! Nazywam się Joanna Małkowska i po długich namowach zdecydowałam się założyć bloga. Pasjonuję się podróżami- lubię odwiedzać ciekawe miejsca :), dobrym jedzeniem, modą, urodą, czytaniem książek, motoryzacją… Uwielbiam high fashion, światowych projektantów i wszelkie nowości. Chciałabym podzielić się swoimi opiniami, spostrzeżeniami, móc polecić (lub odradzić) różne rzeczy… Ten blog będzie typowym blogiem lifestyle’owym – z racji, że moje zainteresowania są dosyć wszechstronne, myślę, że każdy znajdzie tu coś dla siebie 🙂 na co dzień jestem aplikantką adwokacką, a pomoc ludziom daje mi ogromną satysfakcję.

Placeholder Image